Wspomnienie Zakurzonej Księgi

W jednej księdze nie da się zamknąć całej mądrości.

Login:
Hasło:
Zarejestruj się!
Nie zaglądałem na tego bloga od naprawdę długiego czasu, jako iż gdyż ostatnio mam słaby dostęp do komputera, jestem w pracy za granicą i zarabiam eurusy w celu zaopatrzenia się odpowiednio na studia i przeżycia po przeprowadzce na nie. Próbowałem tutaj chwycić 'za pióro' i oddać się pisaniu, ale niestety to nie przejdzie z dwóch powodów - 1. mało czasu, 2. młodzi Polacy pracujący za granicą wolą towarzystwo balangowiczów i miłośników jointa od ludzi zakleszczonych w swoim świecie. A więc zgrywam tu na luzaka, którego nic nie obchodzi i na twardziela, który radzi sobie świetnie z wszystkimi przeciwnościami losu. Tęsknię do domu, ale jest pocieszenie - wkrótce wracam. Na dwa tygodnie, ale zawsze coś :).
A po powrocie, jeśli będę miał więcej czasu wolnego niż tu na wygnaniu, to spróbuję pokombinować coś z ruszeniem bloga do przodu, a następnie z przeniesieniem go na inny serwis.
12.09.2012 o godz. 12:26

Stwierdziłem, że po przeczytaniu notki o okrągłym numerze 50, która jest kolejną już na tym blogu skromną próbką mojej prozy<KLIK>, czytelnik może się wciąż nad pewnymi tkniętymi w niej kwestiami zastanawiać, a nawet mam uzasadnione podejrzenie, że owe kwestie poruszone przeze mnie mogą bez odpowiedniego komentarza wywoływać w odbiorcy tekstu skrajne emocje takie jak oburzenie, niesmak, gniew, a nawet w przypadku niektórych przeczulonych pod tym względem osób obrazę uczuć religijnych. Chciałbym natomiast zaznaczyć, że głównym zadaniem mojej twórczości zdecydowanie nie jest szokowanie ani wywracanie moralności jej odbiorców.
Po krótkim zastanowieniu dochodzę do wniosku, że zamieszczony przeze mnie fragment pierwszy opowiadania o czarownictwie (jakkolwiek zanosi się na to, że utwór objętościowo przekroczy jednak ramy zarezerwowane dla gatunku opowiadania, stąd czuję, że popełniam pewien nietakt, nazywając go tak… Ale o tym na końcu.) stanowczo wymaga choćby krótkiego komentarza, który pozwoli uchronić ewentualnych krytyków przed opacznym zrozumieniem go.

Oto więc pozwolę sobie owe problematyczne aspekty wiążące się z pojęciem czarów pokrótce wytłumaczyć.

Zacznijmy może od określenia, czego dotyczy mój utwór. Otóż jest on przedstawieniem historii fikcyjnej, osadzonej w rzeczywistości wzorowanej na realiach XVII/XVIII-wiecznego Państwa Polskiego. Zauważamy więc, że choć tematyka opowiadania wiąże się z czarami czyli - zdawałoby się - z czymś odrealnionym i fantastycznym, to pisarz (ja ;]) umieszcza akcję w uniwersum bliższym tak naprawdę rzeczywistości historycznej niż baśni. Już sam ten fakt każe zastanowić się nad tym, ile w tej prozie jest fikcji, a ile prawdy. Przypisy i wstęp, mające wyjaśnić co niektóre trudniejsze kwestie, mogące pomóc określić to, czym są tak naprawdę czary w świecie przeze mnie przedstawionym, a także, mam nadzieję, pomocne przy odnalezieniu analogii z prawdziwą historyczną oraz współczesną magią ludową, mają również za zadanie naprowadzić czytelnika na odpowiedni kurs. Tak, mają za zadanie przekonać go, że oto ma do czynienia z jednej strony z wymysłem młodego pisarza o bujnej wyobraźni, którego niepodobno traktować poważnie, a z drugiej ze spojrzeniem niemal badawczym w kierunku niezwykłego zjawiska, które w kulturze istniało naprawdę, fascynując ludzi przez wieki, aż do dnia dzisiejszego.
Otóż to - czary, pojmowane w taki czy inny sposób, były i wciąż są w naszym otoczeniu obecne. Jest to jednak materia delikatna i niepewna, wymagająca od jej badacza odpowiedniego podejścia nacechowanego pewnym wyczuciem. Podejrzewam natomiast, że ja niestety się takim podejściem nie odznaczam. Stąd też mogłyby wynikać pewne nieścisłości i właśnie z tego powodu uznałem, że bezpieczniej będzie określić przynależność tego utworu do szeroko rozumianego gatunku fantasy niż do czegokolwiek innego, co można by było potraktować nieco bardziej poważnie.

Nie mogłem oczywiście podejść do tematu jak ostatni ignorant. Dlatego najpierw sięgnąłem do odpowiedniej literatury i do opinii ludzi posiadających na temat magii zarówno niskiej jak i wysokiej określoną wiedzę teoretyczną, a kto wie, może i praktyczną ;). Stąd też, a nie z małego palca u nogi ani z tylnego odcinka przewodu pokarmowego, wzięły się pewne przekonania i wiążące się z nimi zależności, które, jak stwierdziłem, mogłyby akcji dodać nieco smaku, ale także odsłonić mniej eksponowaną na przestrzeni wieków, odrobinę ciemniejszą stronę medalu. Tak czy owak chciałbym zaznaczyć, że pewne fragmenty, które co niektórzy chętnie by wycięli, widząc w nich wiele zdrożności, moim zdaniem posiadają sens szczególny, dla niezorientowanej w temacie większości ludzi nieistotny lub zakryty.
Zdaję sobie również sprawę z tego, że jako pisarz nie mogę być stronniczy. Nie zamierzam osądzać zbyt pochopnie żadnej ze stron narastającego w opowiadaniu wraz z napięciem konfliktu.

Dla tych, którzy uznają, że pewne sprawy ukazuję opacznie i bez uprzedniego przemyślenia ich, mam słowo pocieszenia - autor wspomnianego utworu nie jest gryzipiórkiem zamkniętym w czterech ścianach swojego szczelnie zamkniętego, śmierdzącego bibliotecznym kurzem warsztatu. Jest on człowiekiem XXI wieku, nie bojącym się kontaktu z odbiorcą swoich tekstów, otwartego na konstruktywną krytykę i polemikę. W razie co piszcie więc choćby przez wiadomość prywatną na blogu :).

P.S. : Tak, ten fragment jest trochę długi ;). Tak, będą krótsze.
Jeśli ktoś uzna, że czytanie mojej raczkującej literatury wprost z bloga jest męczące dla jego oczu, nie zdziwię się.
Jakby co, jestem skłonny przesłać na mejla w formacie doc. Tego typu sugestie można pisać na PW albo w komentarzach.

P.S.2: No i kwestia objętości tego utworu… Zanosi się na to, że w 40 stronach się jednak nie zamknę :/. Wiem, no kurczę, to miało być niedługie opowiadanie, a z paru powodów ostatecznie dochodzę do wniosku, że jeśli ma to wyglądać sensownie, to musi być jednak trochę dłuższe.
Ale przecież postanowiłem sobie, że dociągnę to do końca, więc wychodzi na to, że sobie jeszcze na temat czarownic popiszę. Nie wiem, czy to dobrze, czy źle.



No! Mam nadzieję, że to by było tyle komentarzy od autora nawiązujących do jego własnej twórczości.
Przynajmniej z mojej strony „reszta jest milczeniem”. :) A tak właściwie może jednak rozmową, ale już nie koniecznie moim monologiem.
23.07.2012 o godz. 17:04
Zimny, północny wiatr powiał tego dnia, przynosząc lasom, łąkom i polom pierwsze tchnienie jesiennego chłodu. Gdy zaczęło się robić ciemno, a w oddali odezwało się wilcze wycie, wiedźma kazała swej uczennicy zaniechać pracy, co niezmiernie adeptkę ucieszyło, ponieważ pielenie ogródka nie należało do jej ulubionych obowiązków. Już po chwili i młoda, i stara kobieta zatopiły się w rozmowach na temat rozmaitych czarów, ziół, uroków, diabłów, pokrętnej wioskowej teologii i innych tylko sobie wiadomych spraw.
- A co, jeśli miast chorobami zmożonych, żywym czartem mi ludzi bądź urokami omamionych przyprowadzą? – zaczęła się dopytywać dziewczyna o długich czarnych włosach splecionych w warkocz, choć nie przekroczyły nawet jeszcze drzwi chałupy. – Mam li ich wtedy równo z tymi pierwszymi za pomocą ziela i zamawiań ratować?
Wychowanica starej wiedźmy po trzech latach nauki rzemiosła wciąż była głodna cudownej wiedzy, dzięki której mogła pomóc innym, ale także i sobie. Wiedzy, jakiej nie zdobyłaby nawet w najznakomitszych akademiach, do których zresztą w owych czasach dziewczęta nie miały wstępu.
O tym, że kobieta zamieszkująca chatę w środku lasu jest wiedźmą, ludzie wiedzieli od dawna. Mimo to pod drzwiami jej chałupy nigdy nie pojawił się z tego powodu uzbrojony w siekiery, widły i pochodnie, żądny linczu tłum. Wręcz przeciwnie, mieszkańcy okolicznych wiosek bardzo ją szanowali i często zwracali się do niej o pomoc. Staruszka twierdziła, że jest tylko narzędziem w rękach Boga. Ludzie zaś wierzyli, że Bóg i święci istotnie pomagają jej leczyć potrzebujących, uwalniać ich od rozmaitych trosk, chorób, uroków, a nawet od szaleństwa, więc ufali jej i przychodzili do niej zawsze, gdy tylko w ich życiu zaczynało się dziać coś złego, czego sami nie byli w stanie pojąć. Dawniej, gdy w każdej wiosce mieszkało po kilka wiedźm, nie musiały ukrywać się ze swoją profesją. Nawet mężczyźni nie wstydzili się wówczas przyznawać, że parają się magią.
Niestety z biegiem lat wszystko się zmieniło – wścibscy mnisi nauczyli się rozpoznawać ludzi znających się na czarach, a później, gdy zza granicy dotarł do wielu tutejszych miast podręcznik egzorcystów zatytułowany Malleus Malleficarum, nie wiedzieć czemu zaglądali na wsie coraz częściej, wyłapując resztki szatańskiego pomiotu, jak zwykli zwać czarowników i wiedźmy. Ogień stosów, który wkrótce zapłonął, nie wygubił jednak guślarzy do reszty. Trzeba przyznać, że całkiem nieźle przystosowali się oni do trudnych czasów, w jakich przyszło im żyć. Poza tym ofiarami psychozy ludu napędzanej przez co zacieklejszych zakonników częściej padały zwykłe wieśniaczki nie mające o magii pojęcia niż prawdziwe czarownice. W owym czasie wszelkie czary i wróżby zostały zakazane i potępione jako sztuka diabelska.
Wśród tłumu starającego się wystrzegać uroków, klątw i innych zabronionych zabiegów zawsze znalazł się jednak ktoś, kogo praktyki wiedźm ciekawiły. Jeśli był dość uparty i przebiegły, w końcu udawało mu się przekonać jedną z nich, by nauczyła go choćby kilku guseł. To była jedyna droga, by dołączyć do grona tych, którzy magią władali.
Ciemnowłosa, która właśnie wchodziła ze swoją nauczycielką do chałupy, zdecydowanie odznaczała się obiema tymi cechami. Była najbliższą, a właściwie jedyną naprawdę bliską osobą starej znachorki. Nie wiedzieć czemu wiedźma zawsze nazywała swoją młodą towarzyszkę Miluchną, choć jej imię brzmiało nieco inaczej. Dziewczyna znosiła wiele podobnych dziwactw staruszki, nie buntując się ani oburzając. W zamian za pomoc w obejściu i dotrzymywanie towarzystwa, otrzymywała wszak od niej wspaniały dar – wiedzę, jakiej pozazdrościłby jej niejeden uczony. Za każdym razem, gdy jej sędziwa nauczycielka kazała przerwać pracę i siadała obok, by wytłumaczyć pewne istotne sprawy, bystre oczy adeptki lśniły z zaciekawienia jak dwa płomyki świec. Uczennica chłonęła wiedzę niebywale szybko. Robiła wrażenie bystrej, ciekawskiej i spostrzegawczej. Jak miało się wkrótce okazać, dostrzegała nawet to, co lepiej by było może zakryć płaszczem milczenia lub woalem przeinaczonych znaczeń…
- A bo wy, młodzi, to se tak zawsze lubicie sprawy rozmaite wikłać, oj lubicie wy, lubicie! – zawodziła wiedźma.
- Przecieżeś sama, babko, mówiła, że są na ziemi różne sprawy dziwne, a to zauroczone ludzie, a to z grobów trupy wstające, a to od biesów spętani…
- A bo są! W diabła nie wierzysz? – W odrobinę zezujących ślepiach starej pojawiło się zaniepokojenie.
- Co mam nie wierzyć? Toż to na same oczy widać, kto tu na ziemi największy zamęt robi – odpowiedziała szybko dziewczyna, by wiedźma nie uznała jej za naiwną młódkę dostrzegającą w świecie tylko to, co widoczne na pierwszy rzut oka. – Nie taka ja głupia, by mi mędrcami się dziady mieniące do łba bzdur jakichś nacisnąć mogły bez miary!
- Racjonaliści, dogmatyki, krętacze, psia ich mać! I ta ich cała scientia, tfu! Niech ją i do licha wywiodą, na lasy ciemne, w góry, na skały, gdzie człowiek nie chodzi! – zaklęła babka. – Kto to widział, tak ludziom w głowach mącić…
Przez chwilę obie kiwały głowami, rozmyślając w milczeniu nad obłudną i płytką nauką ascetycznych dogmatyków i logicznych racjonalistów. Uczennica przyglądała się twarzy mistrzyni przypominającej w tym momencie teatralną maskę wykrzywioną śmiesznie grymasem złości i pogardy.
- A wiesz ty, Miluchno, co znaczą te zaklinania, którymi niekiedy z cierpiących choroby można wyganiać?
Dziewczyna przytaknęła.
- A wiesz ty, czyjej do tego wzywać masz pomocy?
Adeptka spojrzała na wiedźmę dziwnie – niby to wciąż z szacunkiem, ale jednocześnie nieomal lekceważąco.
- No co? Masz mocy świętych przyzywać przeciw złemu, czy nie masz? – spytała wprost stara kobieta, oczekując pewnie odpowiedzi twierdzącej. Nie przypuszczała wówczas, że to pytanie sprowadzi ich rozmowę w rejony, których dotąd starała się unikać...
- Tak naprawdę to nie są żadni święci, prawda, babko? – bardziej stwierdziła niż zapytała dziewczyna po chwili wahania.
W kraju, w którym za takie słowa można było pójść na stos, nikt nie śmiał choćby myśleć w podobny sposób, a co dopiero formułować tego typu wnioski na głos. Uczennica starej wiedźmy zwana przez nią Miluchną zdawała się jednak nie zwracać na to uwagi.
Można by było się spodziewać, że babka zareaguje na te herezje krzykiem i wzburzeniem. Uchodziła wszak za kobietę praworządną i religijną. Ta rozmowa potoczyła się jednak inaczej. Być może przyczyną było to, że kobieta bała się poruszać trudnych tematów, a może coś innego, w każdym razie chwilowe, niemal niezauważalne zaniepokojenie, które zabłyszczało w jej oczach, ustąpiło szybko rozbawieniu absurdalnym z pozoru poglądem swojej wychowanicy:
- Któż to ci takich bzdur nagadał?! – Babka podniosła głos o ton wyżej i nagle rozchichotała się jak mało kiedy. – A któż by twoim zdaniem, moja Miluchno, pozwalał mi choroby odegnać, dzieci zdrowe na świat przyjmować, pomyślność k’sobie przyciągnąć i rozmaite inne łaski boskie, gdy imion świętych przyzywam, a? Kto, jeśli nie oni sami, diabelską czeredę na cztery wiatry przegnać może?
Staruszka śmiała się już do rozpuku. Adeptka powinna w tym momencie zacząć się wstydzić swoich słów, ale nie było jej wstyd. Mogłaby przysiąc, że ten śmiech był jakiś dziwny, jakby wymuszony. Wciąż patrzyła w twarz swojej mistrzyni, śledząc zdradliwe podrygiwania jej mięśni mimicznych.
- Nie wiem tego… – dziewczyna wyszeptała po chwili tylko te dwa wyrazy i mogłoby się zdawać, że na tym koniec dyskusji, aczkolwiek po chwili okazało się, że nie da się ona tak łatwo zbyć. Ba! Że jej przekonania mają solidniejsze podstawy, niż chciałaby tego stara wiedźma…
- Nie wiem tego, ale wielu spraw potrafię się domyślić! Mianowicie czego? A choćby tego, że zakonnicy nie paliliby tylu ludzi za czynienie cudów z pomocą ich świętych. Tego, że owi święci nieskorzy by byli do pomocy w przeklinaniu co zuchwalszych z tych, którzy zaszli ci za skórę. Gdyby wiedźmy świętych istotnie pomocy wołały, byłyby pospolitym ludziom miłe i mogły mieszkać między nimi. Mówiono by o nas i u samego papieża ze czcią jako o bożych pośredniczkach, nie ze wzgardą jako o sługach czarcich.
Babka przestała się śmiać. W izbie zaległa uciążliwa cisza. W puszczy umilkły wilki i ucichł wiatr, nawet ogień tlący się w kominku przygasł teraz jakoś dziwnie. Stara wiedźma sama musiała zmierzyć się z trudnymi kwestiami postawionymi jej przez wychowanicę. Nie wiedziała jednak, za jakie argumenty chwycić, by utrzymać ją w kłamstwie. W tym momencie zdała sobie chyba sprawę z tego, że dziewczynie zwanej przez nią Miluchną jest przeznaczone wznieść się ponad mistyfikację ustaloną przed wiekami przez dawne wiedźmy ***. Łudziła się jeszcze, że milczenie każe adeptce przestać pytać. Miała nadzieję, że pytania jej uczennicy rozbiją się o to milczenie i z czasem obrócą się w proch. Ale nadzieja ta właśnie w tym momencie umierała.
Widząc, że nauczycielka nie kwapi się z rozwianiem wątpliwości, które wybrzmiały przed chwilą, dziewczyna postanowiła pójść za ciosem i upewnić mistrzynię, że zauważyła już dość nieprawidłowości i jest gotowa na przyjęcie prawdziwych wyjaśnień, do których dotąd nie miała dostępu.
- Odpowiedz coś!
Odpowiedziała cisza.
- Spójrz: dlaczego ta chata stoi w głębi lasu jakby przed ludzkimi zakryta oczami? Czemu każesz o sobie milczeć tym, co przychodzą tu z utrapieniem, a odchodzą wolni od niego? Czemu o profesji naszej zabraniasz mi mówić otwarcie? Po co, u diabła, ta cała maskarada?!
Wiedźma nie wiedziała, jakimi słowami uciszyć swoją uczennicę. W jej odrobinę zezujących oczach przemykała bezradność. Choć zauważyła, że w tej rozmowie milczeniem nic nie zdziała, wciąż nie mówiła nic. Adeptka jednak ani myślała odpuścić. Z jeszcze większą zaciekłością, wręcz ze wzburzeniem wyrzuciła z siebie kolejną falę skrywanego dotąd buntu przeciw wmawianiu sobie zakłamanej wersji rzeczywistości.
- Babko, przecież ja nie jestem ślepa! Nie rozumiem tylko, dlaczego boisz się prawdy. Dlaczego imion jakichś bzdurnych świętych wołamy miast prawdziwych mian tych, którzy moc dają czarom?!
Staruszka wciąż nie potrafiła znaleźć odpowiednich słów. Zamiast cokolwiek odpowiedzieć, dołożyła na palenisko trochę chrustu. W górę wzleciały czerwone iskry i po chwili buchnął na kominku niewielki płomień, który rzucił na jej strapioną twarz trochę dygoczącego światła.
- Zamierzasz cały czas tak milczeć? – spytała już nieco spokojniejszym głosem dziewczyna. – Ja rozumiem, że wobec twych zdolności jestem, babko, zaledwie marnym robakiem i że pewnie myślisz, że wciąż nie jestem gotowa przejąć dużej części tej wiedzy, którą ty masz, ale po trzech leciech nauki mam chyba prawo wiedzieć, czym tak naprawdę będę się u jej kresu parała. Myślę też, że czas już zdradzić mi prawdziwe powody, dla których wiedźmy profesji jawnie nie mogą wykonywać.
Staruszka zamyśliła się. Ważyła gdzieś głęboko w sobie kwestie poruszone przez swą uczennicę. Tak naprawdę ostatecznie musiała przyznać jej rację – to nie na mocy świętych wspierały się wiedźmy i nie ich zaklinały, prosząc o uzdrowienie ludzi, mimo że niektóre z nich same zaczęły wierzyć w ten pozór.
- Czy aby na pewno jesteś, Miluchno, świadoma, o co prosisz? – babka zadała jękliwym głosem pytanie, które podobnie jak całą zaistniałą sytuację wolałaby z pewnością odwlec lub w ogóle przemilczeć.
- Całkowicie. – W oczach czarnowłosej zabłysła niezachwiana pewność.
- Tego się właśnie bałam… – westchnęła nauczycielka.
- Czegoż to mianowicie, droga babko? – dopytywała się ciekawska adeptka.
- Tego, że kiedyś twój głód wiedzy zaprowadzi cię właśnie w to miejsce. Zawsze zadawałaś dużo pytań. Trudnych pytań… – wyjaśniła krótko mistrzyni, uśmiechając się smutno.
Zmęczone światem spojrzenie starej kobiety napotkało bystry, uważny wzrok dziewczyny. Uczennica i nauczycielka badały się tak wzajemnie przez dłuższą chwilę, aż płomień na kominku znów zrobił się tak malutki, że brak światła uniemożliwił im kontakt wzrokowy. Staruszka jeszcze raz dorzuciła na palenisko chrustu, po czym odpaliła od ognia świecę i zatknęła ją na lichtarzu stojącym na stole, przy którym prowadziły swoją dyskusję.
- Nie ma co zwlekać. Zaraz trzeba będzie się kłaść do snu, bo jutro znów czeka na nas praca – powiedziała, wracając na miejsce obok swojej wychowanicy.
- A więc?
- A więc… - Babka zawahała się jeszcze przez chwilę. – Na początek musisz wiedzieć, że ani ja, ani żaden człek inszy nie zdradzi ci prawdziwych imion tych, którym nasza praca jest miła i którzy naszych modłów słuchają. Byłoby to świętokradztwem i bluzgą przeciw nim samym. Gdy będziesz gotowa, przyjdzie do ciebie ktoś odpowiedni. Podówczas sam może objawi ci stosowne swe miano. Dla zmylenia tych, których uszy musimy oszukiwać, by nie skończyć na stosie lub na palu, używaj jednak wciąż imion świętych pańskich, których cię nauczyłam. Odpowiedzą w momencie sposobnym. Wówczas leczyć będziesz mogła i złe z ludzi wyrzucać z ich mocą.
- Ale to przecież nie są święci, prawda? – dopytywała się adeptka. Nie otrzymała jednak odpowiedzi. – Nie są, wiedziałam… – odpowiedziała sobie sama w zamyśleniu, kiwając głową.
- Słuchaj mnie, Miluchno! – Niepokoiła się stara wiedźma. – Jeśli kiedy na głos między ludźmi co takiego powiesz, nie ujdziesz z życiem, wierz mi! Prochy wielu naszych poprzedniczek z tego właśnie powodu w popiołach stosów spoczęły. Nie chcę, byś też tak życie skończyła.
- Nie martw się, ja… – zaczęła dziewczyna, ale nie dokończyła, bo jej mistrzyni przerwała jej stanowczo:
- Nigdy nie zaprzaj się przed czyimi oczami wiary Jezu Chrysta i jego ojca-boga. Rozumiesz? Przyrzeknij!
- Przyrzekam.
- A jeśli cię kto spyta o czary, wiesz, co gadać?
- Wiem.
- Czarów żadnych nie znasz i nie znałaś, pamiętaj! To, co szepczesz albo zaklinasz, miej za modlitwy do świętych pobożne i aniołów wołanie. Takie, jak i po kościołach gadają. Rozumiesz? Choćbyś i samych piorunów z nieba na kogo wołała, mów, żeś nie chciała niczyjej zguby, jenoś się modliła zbożnie.
Dziewczyna słuchała jak zaklęta, jakby notowała słowa mistrzyni w pamięci. Staruszka zaś coraz bardziej rozpędzała się z tłumaczeniem. Mówiła coraz głośniej i coraz pewniej jak natchniona.
- Wiele już cię nauczyłam, a jesteś bystre dziewczę, Miluchno. Ufam więc, że wiesz, jak z opałów obronną wyjść ręką. Uważaj jednak! Kryj się przed tymi, co czytają inkwizycyi księgę, i wszędy widzą stada szatanów. Oni i głupie a niewinne niebogi na stosy kłaść będą, widząc je czarownicami, i wszystkich, co nie z wysokiego rodu. Niechaj jednak na los tych nieszczęśników. Ty musisz przeżyć, to ważne naprawdę! Musisz przeżyć, żeby móc wciąż dawać ulgę od większego zła utrapionym ludziom. I żeby dać świadectwo, kiedy przyjdzie komu. Ale pamiętaj, nikt z prostego ludu ani też szlachta, ani same króle nie zrozumieją cię tak, jak by trzeba. Oni to wszystko widzą już inaczej, zbyt wiele się zmieniło… Niech więc nikt niepowołany nie wie, ktoś zacz naprawdę. Niech wiedzą tylko ci, co rozumieją. Ci, co podobne jak ty mają strapienia. Spotkasz ich wkrótce na Łysinie – górze. Resztę zaś ludzi, jeśli zechcesz, niechaj. Służ tym, od których chcesz mieć wdzięczność, więcej nic nie szukaj między ludźmi – tylko wdzięcznością mogą ci zapłacić. Pamiętaj jednak – pozostawaj dalej, niźli oni widzą. A jeśli trzeba, myl uszy i oczy. Lepiej i nawet, by się co niektórzy tej chytrej scientii zwieść czasami dali, niźli wokoło tego węszyli, co zacz nie ich rzecz, ino nasza…
- Mówisz, babko, że sami przyjdą ci, których mam czekać?
- Przyjdą wnet.
- Dobrze, niech więc i tak będzie!
Ze stojącej pośrodku lasu lichej chatki dobiegł w tym momencie przenikliwy, głośny, wręcz straszny śmiech, który przegonił z pobliskiego dębu sowę. Księżyc stał na niebie wysoko i być może właśnie w tej chwili spacerujący po nim słynny czarownik, Twardowski, odpowiedział gardłowym śmiechem, kłaniając się ku Ziemi i ciesząc się, że jego fach nie wymarł, a nawet że mimo różnych zawiłych kolei losu miał się wciąż całkiem nieźle.

______________________________________________________
*** Zdaniem badaczy magia ludowa jest zjawiskiem niezwykłym – łączy w sobie rytuały, gusła i obrzędy wyniesione z czasów pogaństwa i nawarstwione na nie nazewnictwo dopasowane do religii chrześcijańskiej. Guślarze, którzy dotrwali do czasów współczesnych, często mają problem z określeniem, czy ich praktyki odnoszą się bardziej do sacrum chrześcijańskiego, czy pogańskiego. Najczęściej ze względu na wielką wagę przywiązywaną do tradycji i ustalonych przez nią świętości nie potrafią zrezygnować ani z dziedzictwa duchowego magii ludowej związanego z pozostałościami pogaństwa, ani z tego, które kojarzy się raczej z chrześcijaństwem. Niektórzy uważają, że znane nam czary są niedoskonałością chrześcijaństwa terenów wiejskich, inni zaś określają je jako formę przedchrześcijańskiej mistyki dostosowaną do trudnych warunków zaistniałych od czasu chrystianizacji pogan, przez wieki przez guślarzy dostosowywaną i zmienianą.
22.07.2012 o godz. 15:09

No i po raz kolejny muszę poruszać temat długiej niebytności na blogu...
Nie, tym razem to nie zaniedbanie.
Po prostu uznałem, że nie będę produkował pustych notek, w których wytłumaczę się komuś, dlaczego nie ma sensownych notek, bo to właśnie wcielenie absurdu. Ktoś chce poczytać coś z sensem, a tu trafia na jakieś tłumaczenia i żale nikomu niepotrzebne.
A TO JEST, DO CHOLERY, BLOG LITERACKI!
(przepraszam za tak nieliteracki sposób pisania, ale czasami jest potrzebny, żeby wskazać, gdzie przebiega granica zdrowego rozsądku).

Mam nadzieję, że to by było tyle w kwestii mało treściwych notek.



A co do tych bardziej treściwych - jako że minęło więcej niż 2 dni, w ciągu których miałem nadzieję uwinąć się z tym fragmentem, jestem zmuszony serdecznie przeprosić tych, którzy po dwóch dniach weszli na mojego bloga i pomyśleli "Co za pajac, miał dodać dziś i nie dodał! Tak właśnie można polegać na słowie Velitzky'ego."
Mam jednak nadzieję, że tę gorycz da się jakoś osłodzić. Na przykład jeśli wrzucę ten zaległy fragment dziś.

Tak, wrzucę go dziś. Wkrótce :).
Muszę się jeszcze troszeczkę pobić z zapisem i takimi szczególikami. No i z tym biednym wyglądem bloga na bloblo...
Jakby kto chciał, to mogę przesłać w formacie doc. na mejla (pisać na pw).
Póki co, wspomnę tylko, że fragment jest gotowy i czeka tylko na kilka drobnych poprawek.
No i niewtajemniczonych odeślę do wstępu:
<KLIK>
Tagi: zapowiedzi
22.07.2012 o godz. 11:34

Jak dobrze tu wrócić :).

Nie, nie wybieram się jeszcze nigdzie. Po prostu mi się blog trochę zapuścił pod moją nieobecność na nim.
A skąd owa nieobecność?
Zaniedbanie ;).

W sumie nie wiem, czy wracam tak naprawdę. Wiem, że pora pewne sprawy tu dokończyć, a w sprawie kilku innych się zdecydować.



A teraz co do pisania...
Zbierałem wiedzę.
Na temat czarownic?
Tak, między innymi <diabelski_uśmiech>.
Nie no, serio ostatnio gadam naprawdę z dziwnymi, niemniej jednak wciąż poważnymi ludźmi. Tematy, które poruszamy, są jeszcze dziwniejsze niż dyskutanci.
Reszty nie będę pisał, bo sfajdanym dzieciakom Bibera to i tak niepotrzebne, a jak ktoś ciekaw, to... To niech się wypcha.
Chyba że jest uparty jak osioł. Takich lubię. Tacy pewnie wyślą mi dziesięć PW z prośbą o instrukcję, jak strzelać fajerbolami(aha, już to widzę...) .

Ale bądźmy, do czorta, poważni!
A więc poważnie - wiedzę wciąż będę poszerzał i jeśli uznam, że wciąż mam jej za mało, to opowiadanie nie ukaże się nigdy.
Załóżmy jednak wersję optymistyczną. Według niej opowiadanie ukazywać się będzie systematycznie, regularnie i konsekwentnie już wkrótce aż do końca i będzie na poziomie.
Bądźmy jednak realistami :D.
Znając życie i znając mnie za jakieś 1,5 miesiąca opowiadanie będzie skończone, a ja nie będę z niego zadowolony. No i nie będę publikował poszczególnych jego części systematycznie.

Tym bardziej, że zdaje się, że znalazłem jakąś pracę (na umowie śmieciowej, ale lepszy rydz niż nic), więc zajęcie na wakacje mam :).

A jeszcze muszę dopilnować rekrutacji na studia...
(po jutrze będą wyniki i wtedy, miejmy nadzieję, będzie już jasne, że się dostałem)

Hmmm... Myślę jednak, że jeśli się zmobilizuję, to za ok. 2 dni będą kolejne części mojej raczkującej 'prozy czarownickiej'.

Uh! Ale offtop!
Jak to otagować? yłyłyyYy?
10.07.2012 o godz. 20:17

Po maturze, po strachu.
Teraz tylko rejestracja na studia i mam nadzieję, że będę mógł wjechać na mój kierunek blitzem bez większych przeszkód.

Moje oczekiwania brzmiały mniej więcej tak:
matma podst. - byle zdać,
polski rozsz. - ok. 70%,
niemiecki rozsz. - ok. 70% (po napisaniu stwierdziłem, że nie da rady tego wyciągnąć),
geografia rozsz. - ponad 50%.


Dziś znam wyniki. Nie jest aż tak źle.
matma podst. - 72%,
polski rozsz. - 63%,
niemiecki rozsz. - 71% (podstawkę jakimś cudem wyciągnąłem na 99%!),
geografia rozsz. - 62%.


Teraz już wszystko jasne. Bitwa wygrana, dziś jestem górą :).
A teraz, gdy moja stara łajba o nazwie "liceum" idzie na dno...
Teraz, gdy nadchodzi na nas inny okręt, a na jego maszcie łopocze flaga z napisem "studia"...

...szykować pistolety! Szable w dłoń, morda w kubeł i DO ABORDAŻU!!!

Taak, ten szturm musi się udać :).
Ta flaga też trafi do moich rąk.


Dziś kończy się pewien rozdział mojego życia. Od dziś już nie zdobywam wiedzy po to, by zadowolić papier czy komisję egzaminacyjną. Od dziś miarą mojego sukcesu jest to, co ta wiedza da mi osobiście, jak mnie wzbogaci i jak sam w życiu ją wykorzystam.

Czy będzie mi brak tych ludzi?
Nie. No, może trochę... Tak czy owak chciałem być w tej szkole sam, wszystko zbudować od początku. Przyszedłem tu dla siebie. Odchodzę stąd równie osamotniony, jak się tu wybierałem.
Silny psychicznie, szorstki człowiek.
Skazany na sukces.

Dobra, dość tego patosu...
Pójdę na te cholerne studia i po prostu będę najlepszy.



A może nie do końca byłem sam? Hmm, chyba jednak powinienem złożyć komuś podziękowania. I poprosić o więcej siły i uporu.
Tagi: matura smęty
29.06.2012 o godz. 21:07
A oto i wspomniane słowo wstępu, które mógłbym opatrzyć również incipitem „od autora”:



Słysząc słowo „czarownica”, współczesny człowiek jest święcie przekonany, że oto ma do czynienia ze sferą baśni i bajek, której w żadnym wypadku nie powinien brać na poważnie. Oto zostaliśmy przyzwyczajeni przez liczne zastępy sceptyków i iluzjonistów do nazywania magią kuglarskich sztuczek mamiących oczy. Na naszą wyobraźnię mocniej działają dziś oderwane od rzeczywistości wizje przemodelowanego przez fantastów świata, gdzie magowie chodzą do czarodziejskich szkół i miotają kulami energii niż opowieści babuni nie dającej się odwieść od przekonania, jakoby jej świętej pamięci sąsiadka umiała tak zaczarować krowy, by nie dawały mleka.

Gdzież się podziali dawni tajemniczy mędrcy – guślarze, których wiedza o zaświatach i rozmaitych czarach wzbudzała niegdyś powszechny podziw, a nawet rzekomo pozwalała odpędzać choroby i uroki? Co się stało z czarownikami, których imiona powtarzają nie tylko legendy, ale i poważne kroniki? Czy to możliwe, że siedzą wciąż w swoich chatach pośród nieprzebytych lasów, mglistych bagien oraz trzęsawisk i nie wyściubiają nosa poza próg, nie chcąc paść ofiarą głodnych sensacji dziennikarzy? Niektórzy uważają, że dokładnie tak.
A może prawda jest mniej skomplikowana? Może oni wszyscy byli tylko bajarzami manipulującymi naiwnym ludem, a w epoce nauki i Internetu w obawie przed demaskacją ich domniemanych oszustw i niegodziwości przez wszelkiej maści sceptyków i racjonalistów musieli pierzchnąć gdzieś na tropikalne wyspy?
Niestety wygląda na to, że dziś nie da się już rozstrzygnąć ani tego, jak potoczyła się dalej historia tych, których przodkowie kiedyś płonęli na stosach oskarżeni o posługiwanie się czarami, ani czy w ogóle słynne procesy czarownic miały jakikolwiek sens.
Tak czy owak trudno sobie wyobrazić sytuację, gdy w słoneczny poranek spotykamy gdzieś w centrum handlowym lub na klatce schodowej omalowanej sprayem kamienicy człowieka, który na co dzień zajmuje się odczynianiem klątw, uwalnianiem od złych duchów, wypowiadaniem rozmaitych zaklęć, odprawianiem magicznych rytuałów lub sporządzaniem maści, za pomocą której może unieść się na miotle pod niebo i polecieć na bezwstydną ucztę z diabłami zwaną przez znawców tematu czarownictwa sabatem.
Zastanawiającą kwestią jest również to, czy czarownice (jeśli kiedykolwiek istniały naprawdę) istotnie mogły być tak podłe i niegodziwe, że zasługiwały tylko i wyłącznie na śmierć. Czy wszystkie ich domniemane praktyki rzeczywiście były takim zagrożeniem dla lokalnych społeczności, że należało je tępić? Jeśli tak, to kto o tym zadecydował? Ludzie przez nie uzdrowieni? Ci, którym wiedźmy pomagały pomnożyć swoje bogactwo lub ochronić bliskich przed tym, co określano mianem demonów, upiorów albo czartów? Bynajmniej. Otóż sława magii, zarówno ta dobra jak i zła, wynikła głównie z plotek i to nie sami ludzie parający się czarami, lecz właśnie plotki w dużej mierze są winne temu, że dziś postać czarownicy jest postrzegana jako obrzydliwa, stara, szczerbata, pomarszczona, złośliwa baba ciągle warząca w swoim kotle jakieś tajemnicze mikstury.
Czemu miałyby służyć i jak wyglądać czary?
Jest wiele teorii, zaczynając od tej dotyczącej zaprzedania duszy Szatanowi, przez twierdzenie, jakoby rytuały i obrzędy magiczne miały pomóc w załatwianiu własnych interesów i być formą potajemnego oddawania czci starym, zapomnianym bogom lub skomplikowanymi technikami świadomego modelowania psychiki, a kończąc na poglądzie, według którego są narzędziem, umożliwiającym ratowanie świata współczesnym superbohaterom na miarę Batmana, Spidermana czy Supermana.
Tak czy owak ludzie do dziś chcą wierzyć w magię. Zdarzają się nawet tacy, którzy badają ją, próbując rekonstruować praktyki magów, o których nie milczy historia i odnaleźć klucz do tej mistycznej tajemnicy świata. Niektórzy z nich twierdzą nawet, że są żywym dowodem na to, że ów klucz da się odnaleźć i zacząć regularnie stosować.
Z drugiej strony człowiek chcący stąpać twardo po ziemi uparcie będzie wyciągał z mądrych encyklopedii wzory i twierdzenia naukowe, z których jasno wynika, że dla magii nie ma miejsca w logicznie poukładanym świecie.

Po czyjej stronie jest racja? Trudno to określić człowiekowi podlegającemu zarówno prawom serca jak i rozumu. Niezależnie od tego, który pogląd leży bliżej prawdy, trzeba jednak przyznać, że póki ludzkość nie dojdzie tego, co nią jest, można na ten temat spekulować do woli, brnąc przez niego bodaj na oślep, choćby jedynie w oparciu o niepewne źródła lub nawet tylko własne odczucia.
Tym większą dowolność w poruszaniu jakże niejasnej materii magii ma artysta – szereg bezsensownych praw nadanych mu na przestrzeni wieków pozwala tworzyć historie, w których fałsz miesza się z prawdą i przybiera najmniej spodziewane kształty. Zadaniem sztuki nie jest jednak zakłamywać rzeczywistość. Przeciwnie, ma ją ona wzbogacać.
Tak właśnie autor tej powiastki pozwoli sobie ją pojmować – niech ów utwór będzie wzbogaceniem współczesnej wizji magii, a może i odsyłaczem do innych na ten temat poglądów i opinii, które na przestrzeni wieków niejednokrotnie wygłaszano.

Velitzky




C.D.N.
28.06.2012 o godz. 14:55

Przez jakiś czas mnie tu nie było. Nie będę się tłumaczył tym, że nie mam ostatnio czasu na prowadzenie bloga, choć po części jest to prawda.
Parę spraw muszę sobie poukładać, parę innych mam do zrobienia...
Ok, nie będę smęcił, bo to i tak nikogo chyba nie obchodzi :).

Tak czy owak chciałem powiedzieć, że jest już wstęp do powiastki o czarownicach. Hmm... Wstęp jak wstęp - bardziej takie pierniczenie o Szopenie wprowadzające w temat :).
Zanim tu ów wstęp zamieszczę, czuję się zobowiązany wyjaśnić, że takim językiem nie piszę całej reszty. Reszta to trochę archaizacji, trochę akcji, troszkę opisów i kawałek tematu, do którego się odnoszę (czarownictwo). Tytułu wciąż nie mam, ale pomału do niego dochodzę :].

Ok, dość smętów. Wypadałoby zamieścić ten cały wstęp. A więc... Leci!
Albo nie - w następnej notce, żeby było bardziej przejrzyście x).
28.06.2012 o godz. 14:52

Parę dni mnie tu praktycznie nie było, tak naprawdę tylko tu zaglądałem i sprawdzałem, czy mam jakieś wiadomości albo komentarze.
Opowiadanie o czarownicach, które piszę, troszkę się przez ten czas rozrosło. Dziś albo jutro wrzucę na bloga krótki wstęp, później będę publikował resztę sukcesywnie cząstka po cząstce. Myślę, że pod koniec pierwszego tygodnia lipca będzie gotowe.
Póki co, dopracowuję wstęp.

Nie zamieściłem go wczoraj, bo byłem zajęty.


Żegnałem się z ludźmi, którymi dowodziłem przez trzy lata (Czyli z kim? Tego nie powiem każdemu. Mimo to postanowiłem to zaznaczyć tu na blogu. Dla siebie. Żeby kiedyś do tego wrócić i sobie przypomnieć). Teraz, kiedy już się oswoiłem z myślą, że nasze drogi się rozchodzą, wiedziałem, że mniej ulegnę emocjom niż oni sami.
Tak czy owak, ciężko było rozstać się z kimś, z kim się człowiek zżył, nauczył się znosić jego humory i rozpoznawać, czy ma dobry, czy gorszy dzień, kogo się dopasować go w odpowiedni sposób do innych, a nawet czasami - zdawałoby się - zrozumieć.
To były wspaniałe trzy lata, to byli świetni ludzie. Mimo swej niedojrzałości i rozwydrzenia wnieśli wiele do mojego życia. Nie zapomnę ich nigdy.

I z całą pewnością są dla mnie ważniejsi niż jakieś tam opowiadanie.

Nie wiem, czy byłem dobrym dowódcą i czy przyjąłbym tą funkcję po raz kolejny (jestem człowiekiem tak nieszablonowym i trudnym do pojęcia, że czasami sam siebie nie rozumiem i sobie nie ufam, a tak się składa, że umiejętność wzbudzania zaufania jest podstawową obok odpowiedzialności cechą dobrego dowódcy), ale wiem, że było warto przeżyć to wszystko. Nie żałuję niczego, no chyba tylko tego, że może za słabo wykorzystałem ten czas.
Tak czy owak oni pozostaną w mojej pamięci chyba już na zawsze.



P.S. Na początku, gdy zakładałem tego bloga, postanowiłem z paru przyczyn nie zdradzać moich personaliów, dlatego powyższy tekst może brzmieć trochę niezrozumiale - nie chcę, żeby ktoś domyślił się, kim jestem. Z różnych przyczyn.
Chyba właśnie dlatego mój blog jest o pisaniu - żeby zachować tu dystans do prawdziwego życia.


Muzyki nie dorzucam, bo i tak wpis jest już nieco tasiemcowaty.
18.06.2012 o godz. 15:53

Aha, i jeszcze jedno bym powiedział, gdyby ktoś mnie spytał, co tam u mnie.

Powiedziałbym, że cokolwiek by się u mnie nie działo, dziękuję niebiosom najwyższym za to, że nie jest ze mną aż tak źle jak z pewną małolatą zwaną Justyną Bybrą. Ta to dopiero ma nierówno... A co dopiero ludzie, którzy tak ją uwielbiają!

:)
14.06.2012 o godz. 17:41

Witam wszystkich, słodkie cukierki moje drogie! Dziś notka na temat turnieju ułefa EURO 2012!

Nie no, żartuję. Chyba bym się tym porzygał.
Jak on:


A więc może napiszę o moim wuju? Tak, to już lepszy temat.
Otóż mój wuj, który przyjeżdża do mnie (tzn. bardziej do mamy niż do mnie, ale nie o mamie chciałem pisać) co trzy dni, a gdy ma lepszy humor, nawet codziennie, zaraz po przywitaniu się z wszystkimi i podokuczaniu im (każdego przezywa tak, żeby go poirytować, mnie np. z racji tego, że mam długie włosy, nazywał dziochą, dopóki nie zdecydowałem się zapuścić bródki), pyta, co tam u nas słychać. Pytanie to brzmi zawsze tak naturalnie... Ach, nie to, co na zebraniach różnych głupich schierarchizowanych kół zainteresowań itp. A więc mój wuj przekomarza się z nami i pyta, co u nas słychać. Stary kawaler, swoje życie uważa za nudne, nie ma nałogów ani zainteresowań, więc trochę tak żyje naszym życiem. Nawiasem mówiąc, naprawdę sympatyczny człowiek. Pomijając oczywiście niektóre jego żarty ;).

Tak czy owak pomyślałem sobie dziś, że człowiek lubiący wzbudzać zainteresowanie potrzebuje takich właśnie wujów. Naprawdę, uświadomiłem sobie ostatnio, jak mój wuj jest mi potrzebny. Opowiem mu parę rzeczy, parę innych przemilczę, no i jest mi lżej, a on ma czym głowę zająć i obaj jesteśmy zadowoleni.

Ale na blogu nie ma mojego wuja, więc sam muszę się z co niektórymi przekomarzać (czasami nawet spławiać albo wręcz chamsko dokuczać), sam muszę sobie i niektórym innym sensownym ludziom czasami zadać pytanie, co u nas słychać i sam muszę na owe pytania odpowiadać.

Gdyby ktoś mnie dziś spytał, co u mnie słychać, to powiedziałbym, że może jednak co niektórzy nie powinni się wypchać (patrz poprzedni post), że myślenie i przelewanie myśli na papier to sztuka niesamowicie trudna i męcząca, że rekrutacja na studia ruszyła wcześniej niż myślałem, że nasi tylko Andorę potrafią pokonać i że mimo wszystko w życiu trzeba mieć coś twardego - albo serce, albo tyłek.
Tak, odłożyłem na trochę czasu moje opowiadanie. Wrócę do niego dziś lub jutro. Wrócę i pod koniec tygodnia pewnie zamieszczę już wstęp.

Póki co, zatrzymałem swoje życie w miejscu, obserwując względność czasu i biorąc na wagę to, co zostało przed zamknięciem tego rozdziału. Nie wiem...
Jeszcze parę problemów do załatwienia, jeszcze parę spraw, z którymi trzeba się uporać i ruszymy dalej.

A wiersza dziś nie dodam, bo i tak to nikogo nie interesuje :P.


P.S. Życzę smacznego tym, którzy jedzą przed komputerem, czytając czyjeś blogi i oglądając filmiki takie jak ten, który zamieściłem.
Tagi: humor smęty
14.06.2012 o godz. 17:16

Oto czas, gdy odzywają się do mnie ludzie, którzy, chciałoby się myśleć, już dawno o mnie zapomnieli.
Hmm...

Ostatecznie dochodzę do pewnych wniosków.

Mianowicie?

Niech się wypchają.

Jaka muzyka na dziś?

Otwórzcie okno. I co? Słowicze śpiewy, porykiwania euro-oszołomów, wycie silników samochodów.

*WTF? ;s 0_o ^^* - powiedzą niektórzy wolno-myśliciele (czyli powoli myślący)

Wyjdźcie z domciów, drogie robaczki.
Wyłączcie telefony, komputery, telewizory i idźcie gdzieś, nie wiem, w łąki, do lasu, nad rzekę albo w jakieś inne sensowne miejsce zobaczyć prawdziwy świat, prawdziwych ludzi, prawdziwe życie, zamiast pierdzieć w stołek i wpatrywać się w sztuczne gwiazdki pokroju Dziastina Bybera.
Przewietrzyć mózg zamiast pozwalać mu spleśnieć i sfermentować.

Potraktuję ten wpis jako typowy smęt. Nie mam ochoty pisać teraz o pisaniu ani w ogóle o niczym.
Czuję się tak bezsensownie, że zaraz chyba rzucę się na podłogę i wytarzam się w kurzu, wrzeszcząc, podrygując i wierzgając nogami. To by była manifestacja tego, jak się czuję.
Tagi: dziwne smęty
11.06.2012 o godz. 19:12

Grrrr!
Nie wiem, jak ugryźć początek opowiadania, za które niedawno się wziąłem... Z tego powodu jego publikacja może jeszcze troszeczkę się przeciągnąć.
Ale napiszę je. Zaręczam. Całe. Od początku do końca. A później je przeczytacie. I poproszę o pełne krytyki komentarze :).

No chyba że mnie lub Was przejedzie jutro ciężarówka ;).


Póki co z braku lepszych gotowych tekstów wrzucę kolejny z moich wierszy, też z cyklu "Pisane nocą". Jaki jest? Inny.
Otóż wyobraźcie sobie - lubię regularność, rytm. A tu, podobnie jak w ostatnio publikowanym utworze, nie ma tego. Choć w sumie… można by się na upartego nie zgodzić. Tak czy owak całość bardzo mi się podoba i dość często do tego wiersza wracam :).
Proszę, spójrzcie sami:

CYKANIE WIECZORNE


Gdy mnie otula,
Gdy tuli mnie noc,
Mój ciepły koc...
Kiedy za oknem podnoszą się mgły,
Tu kwitną sny.
Słyszę:
Jakaś melodia wolno kołysze
Świat...
Otwieram okno - cudna muzyka
Pasikonika!
Cyk, cyk, cyk cyk...
Cyk, cyk - piękna jak kwiat!
I księżyc lśni,
I dzień już śpi,
A ona brzmi?
A ona brzmi!
I cyka...




Słuchaliście może kiedyś zespołu Myslovitz?
Coś świetnego, gdy się ma melancholijny nastrój, a rzeczywistość wokół wcale nie wydaje się kolorowa. Wtedy ich piosenki stają się takim przyjacielem, który wie, o co Ci chodzi i który nie stara się wyleczyć Twojego smutku coca-colą i frytkami. Bo rozumie...







i moja ulubiona:)
10.06.2012 o godz. 12:20

A jeśli o muzykę chodzi, polecam dziś świetnego, mocnego, niepowtarzalnego, jedynego na polskiej scenie muzycznej HUNTERA!











Tagi: Hunter
07.06.2012 o godz. 12:16

Pomalutku, powolutku mój blog zaczyna zarastać kurzem.

Kurde! Tak dalej być nie będzie!
Jak mawiał pewien bezrobotny z Wrocławia.

A więc co z tym zrobić?
Hmm... Opowiadanie, które piszę, starym zwyczajem nie ma jeszcze pierwszej cząstki, tylko środek, więc nie mogę opublikować nawet kawałka tekstu z niego.
Pozostaje mi chyba tylko wyciągnięcie jakiegoś starego, niechby i krótkiego utworzyku z szuflady, a następnie wrzucenie go na bloga. Tak, tak zrobię! ;)

Utwór z cyklu "Pisane nocą"

GWIAZDY


Milczą.
Ich piękno, majestat, ich magia i splendor!
Ach...

Nie jestem pewien,
Wydaje mi się...
To nieistotne, póki on gra.

Zatroskani, zabiegani, zapchleni jak szczury
Zaśniemy.
A gdy się przebudzimy,
Ich już nie będzie.
Przeminą...

Póki co, z dala od fabryk i hut
Wciąż płynie cicha muzyka
Bez bębnów, trąb, skrzypiec i nut.
On cyka.

Tak, on, wędrowny poeta
Opiewa ich piękno, ich magię i splendor!
Ach...

A ja?
Nie jestem pewien,
Czy jutro znów gwiazdy będą na niebie.
07.06.2012 o godz. 12:05

Acha, właśnie widzę, że ostatnio nie podrzucam żadnej dobrej muzyki. No i że zrobiło się u mnie trochę drętwo...
Kurde, to jest spory problem i nie ma co się śmiać ani żartować ;/.

Chyba, że polecę Wam jego:








Teksty są naprawdę dobre, spora dawka inteligentnego humoru, więc jeśli ktoś nieanglojęzyczny i YT nie pokazuje mu napisów, to pod filmikiem w prawym rogu są dwie literki, takie "CC" i tam można włączyć napisy, żeby zrozumieć przesłanie i żart utworów.
05.06.2012 o godz. 15:18
No właśnie - zanim ruszę dalej z moim prologiem "Wspomnienia Zakurzonej Księgi", który chcę na tym blogu doprowadzić do końca (tylko prolog, bo uznałem, że póki co, jestem chyba jednak zbyt niedojrzały do tworzenia całego wielkiego opus magnum), zamierzam tutaj przedtem wrzucić parę innych tekstów.

Obecnie pracuję nad ok. 20/30-stronnicowym opowiadaniem, które będzie dotyczyło... czarownic :). Tak, czarownic.
Większość z nas nie ma bladego pojęcia o tym, co działo się w Polsce i w całej reszcie Europy przed paroma wiekami. Czary, magia, wiedza tajemna, sztuka szatańska, wróżbiarstwo, zabobon - czymkolwiek było to, czym parały się tzw. czarownice, za tego typu 'występki' można było zostać pozbawionym życia w katowskim warsztacie, na szafocie, na stryku, palu lub na stosie.
Czy kobiety (i nie tylko kobiety) kilka wieków temu ginęły za prawdziwe przewinienia? Czy cały ten temat czarów był tylko wymysłem inkwizytorów o wybujałej wyobraźni? Dziś możemy tylko snuć domysły i przypuszczenia.
Ale może moje opowiadanie wniesie coś do tego tematu? Kto wie... :)
Do napisania go zainspirowała mnie książka Tuwima "Czary i Czarty Polskie", którą ostatnio przeczytałem i zamieszczone w niej fragmenty "Młotu na czarownice" - słynnego podręcznika napisanego przez dwóch niemieckich inkwizytorów.


Zanim zacznę zamieszczać opowiadanie fragment po fragmencie, prawdopodobnie podrzucę tutaj co ciekawsze 'perełki' z mojej twórczości lirycznej, ot, żeby nie zaczęło się co niektórym wydawać, że sobie odpuściłem pisanie bloga - póki co zostaję :).
05.06.2012 o godz. 14:48

Ostatnio doszedłem do przykrego wniosku.
Mianowicie:
Śmietnik jest miejscem dla karaluchów, a bloblo.pl jest miejscem dla fanów kiczowatych "opowiadań" o amerykańskim kretynie, co się zowie Byber.

To był dla mnie impuls do rzucenia tego wszystkiego w cholerę i poszukania bardziej odpowiedniego serwisu. Karaluchy niech zjedzą wszystkie resztki ze śmietnika, a wy, fani, Bybra, których tutaj niestety jest najwięcej, zjedzcie resztki tego, co na tym serwisie zostało wartościowego.

Tak właśnie myślałem, rejestrując się na portalu większym, o dobrej renomie, zdawałoby się że lepszej klasy. Radość moja nie trwała jednak wiecznie.
Otóż po chwili okazało się, że konsekwencją założenia tego głupkowatego konta było połączenie się go z kilkoma innymi rzeczami, które też miałem w internecie.

KurRRr...!! - pomyślałem, gdy dotarło do mnie, co to za czarcie mechanizmy się zaczęły włączać.

Zaraz też jeden ciołek, który mnie "zna", zapragnął dodać mnie do znajomych (przecież zakładałem to konto na fikcyjnych danych osobowych - jak wszystko inne, co mam w internecie!!!).
Awatar, który dodałem sobie na profil, od razu wskoczył mi na moje konto na YT.

I wtedy...
Poddałem się.

Tak, do diabła z tą chędożoną technologią! Tak to się właśnie ludziom za jej pomocą życie 'ułatwia'...
Usunąłem przyczynę mojego nieszczęścia i póki co postanowiłem jednak wrócić na bloblo, między pokemony i karaluchy.

A tak nawiasem mówiąc, pamiętacie, karaluszki, tę akcję?
Koncert Biebera w Polsce? Niech lepiej leci do Izraela albo do Korei!
02.06.2012 o godz. 11:45

Obiecałem sobie, że jeśli zobaczę jakiś wpis z Dżastinem, to to wrzucę.
Zobaczyłem, więc wrzucam.

And who's that pokemon, that writes stupid stories on bloblo?
It's YOU, fans of Justin Byber!

A żeby nie było, że tylko hejting mam w głowie, powiem jeszcze, że naleśniki + kiwi to nie najgorsze połączenie :).
31.05.2012 o godz. 16:57

Gdy po długich poszukiwaniach wreszcie zaczepiasz się o jakąkolwiek pracę, pękasz ze szczęścia, wyobrażając sobie, że już liczysz kasę.
Później przychodzi rzeczywistość.

Po dzisiejszej nocy mam jeden wniosek - praca na nocnej zmianie jest do kitu.
Uwierzcie, naprawdę JEST.
Tym bardziej, gdy zapierniczasz 8 godzin, trzymając się na nogach chyba tylko dzięki kawie (kawa mesjaszem pracowników nocnej zmiany), a dostajesz za to marne 50 zł.

Wracasz do domu z otępionymi myślami, przekrwionymi oczami, bolącymi nogami i rękami... Patrzysz na łóżko z uwielbieniem jak na święty obraz.
Najwyższą formą aktywności religijnej w stosunku do tego sacrum jest niezwłoczne zapadnięcie w sen.

SEN!
Od razu doceniasz, czym tak naprawdę on jest.
Omotuje zmysły i pozwala przestać na chwilę uczestniczyć w tym świecie przedstawionym żyjących kukiełek.
Ale przede wszystkim - pomaga wypocząć.
8 godzin snu po to, by obudzić się jako człowiek wypoczęty, gotowy następnej nocy znów przyjść do pracy.

Ehh...
Ale oczywiście zaledwie po 5 godzinach budzi mnie telefon. Na śniadanie jem obiad, potem idę umyć zęby.
Cholera, jeszcze parę obowiązków domowych mam do wypełnienia i pewną sprawę do załatwienia...

Poddaję się. Padam z nóg, mam dość.

W moim krótkim, 19letnim życiu pracowałem już na kilku stanowiskach, ale to, które piastuję obecnie, jest chyba najgorsze. Już wolałem pracę w śmierdzącym kurniku, przy obsrywających cię kurach. Też nocą, ale chociaż płacili dobrze.

Ok, nic to, idę dospać te 3 godziny, a później kolacja, kawa i znowu do roboty.

Nie mam czasu ani chęci absolutnie na nic.
30.05.2012 o godz. 16:03
Velitzky
Wspomnienie Zakurzonej Księgi
O mnie: Przeglądasz właśnie mój blog literacki. Co o mnie? 20 lat, student, pisarz fantasy od siedmiu boleści. Mój blog jest zwierzęciem dzikim, kosmatym i nieokrzesanym. Czasami się zapuści, zejdzie z ubitej ścieżki w puszczę, a nawet pokąsa. Ale lubię wracać do wspomnień, więc wciąż go hoduję. Szczere komentarze i krytyka najwredniejszych, najwybredniejszych czytelników - tego tu szukam. Pomożesz?
statystyki
sekcja użytkownika
Blog gdzieś na początku swojego istnienia miał dotyczyć długiego utworu prozatorskiego pt. "Wspomnienie Zakurzonej Księgi", jednak w międzyczasie uznałem, że jeszcze nie czas na takie 'opus magnum', że może nie dojrzałem jeszcze do stworzenia czegoś takiego. Zauważyłem w mojej prozie mnóstwo wad, na które dotychczas przymykałem oko i stwierdziłem, że nie mam dość siły, by wrzucić to w płomienie i zacząć właściwie od nowa. Może kiedyś takowej 'siły' nabiorę i jakieś 2 lata po momencie, w którym stwierdzę, że oto muszę jednak napisać "Wspomnienie Zakurzonej Księgi" do końca, zobaczycie książkę o takim tytule na półce w księgarni. Może. Póki co jednak wolę się nie łudzić, świat nie kończy się na tym, a tym bardziej moja literacka 'kariera'. A więc gdy tylko zamknę "Wspomnienie Zakurzonej Księgi" w szufladzie, wezmę się za siebie i spróbuję wykombinować coś innego, może lepszego. Na pewno bardziej na moje siły. Obecnie blog przez rok nieprowadzenia dość mocno się zapuścił. Póki co nie zamierzam go doprowadzać do stanu ponownej używalności. A niech se jest, jak jest :).